ScrollToTop
magazyn mamy

Kąpiel z elementami horroru

Data: 07 marzec 2017 Autor Mama Anna Wachnicka

Od dawien dawna wiadomo, że kąpiel służy zdrowiu i urodzie. Oprócz zwykłego oczyszczania ciała odpręża, poprawia nasze samopoczucie, a także zmniejsza bóle mięśni, kręgosłupa i stawów (co dla dźwigającej swoje potomstwo matki jest wartością samą w sobie). Wzięta rano nastraja pozytywnie na resztę dnia; sprawia, że czujemy się rześko i świeżo, a nawet odrobinę uwodzicielsko (uczucie bardzo rzadko spotykane w matczynym repertuarze uczuć, tym bardziej warto je pielęgnować).

Kąpiel poranna daje dodatkowo możliwość zakamuflowania zniszczeń na matczynej twarzy wywołanych na wpół bezsenną nocą (ulubiony przebój z repertuaru matki, która sama przed sobą nie chce się przyznać, że te kratery pod oczami to nacierająca na nią starość, a nie zasługa miliona nocnych pobudek Bogu ducha winnych brzdąców).

O niewątpliwych zaletach kąpieli wiadomo było już w starożytnym Rzymie. W tamtych czasach miejskie łaźnie były miejscem spotkań eleganckiego rzymskiego świata. Dobrze wiedzieć, że nie zażyłam samotnej kąpieli od 3 lat, bo po prostu jestem tak niezwykle kulturalna i światowa. Cudownie, że na takich samych intelektualistów i erudytów wyrośnie moje potomstwo, które nawet w kiblu nie odstępuje mnie na krok, zapewne po to, aby czerpać mądrości z sekretnego matczynego źródła. A że każda z nas stara się być mamą najlepszą z możliwych, na pierwszym miejscu stawiającą dobro i edukację swoich dzieci, to i ja swoim latoroślom dostępu do tajemnej wiedzy nie bronię i prawdy objawione rzetelnie przekazuję:

- Niunia, tutaj jest pupa! Powiesz pupa? PUUU-PAA! Pupa! Tak, dobrze! PUPA!

- Mama nie ma siusiaka. Mama ma cipkę. 

- To jest sedes. Tam do środka robimy kupkę i siusiu. Do sedesu, Bombel, do sedeeesu!!! 

Już widzę swoje dzieci na oksfordzkich mównicach, z emfazą wygłaszające te uświadamiające cały naukowy świat tezy; z błyskiem w oczach, ręką wzniesioną w powietrze, wykrzykując prawdy w dziecięctwie objawione:

- Kupkę robi się do sedesu!!!

Brawo ja. Będę się smażyć w piekle.

Póki co, nadal stoję w łazience i gapię się w bezduszne lustro, które codziennie mi przypomina, że nie mam już 20 lat i myślę, czy zająć się dziś brwiami niebezpiecznie stapiającymi się w jedną przerażająco długą brew; suchą skórą, która zaczyna przypominać pustynną skorupę, niegolonymi od tygodnia nogami, czy strąkami na głowie, od dwóch dni ratowanymi suchym szamponem, z których już nie wycisnę ani odrobiny świeżości, choćbym ten suchy szampon nakładała szpachelką? Ze wszystkim się nie uporam, nie ma bata. Nie z moimi Pokemonami mieszającymi wodę w klozecie łopatką do naleśników.

 

Ratuję łopatkę. Wybieram włosy. Na głowie. Nogi się upcha w dresy – w spodniach włosów widać nie będzie, a w czapce chodzić cały dzień się nie da, bo gorąco i swędzi.

W imię Ojca i Syna – zaczynam. Czas start. Ciekawe, czy zdążę się umyć w całości, zanim moje dzieci się pobiją?

Pierwszy punkt na liście – namydlić głowę. Namydlam więc. A w związku z tym, że zaczęłam już swą kąpiel, świat moich dzieci także zaczyna... stwarzać problemy. Globalne. Jak na świat przystało:

 - Mamuusiu, siusiu!

 - Przecież umiesz zrobić sam do sedesu, Bomblu! Spróbuj! Wiem, że dasz radę.

 - Nie chceee. Mama pomoże.

 Nie, Mama nie pomoże. Mama szoruje głowę, aż się piana z głowy kurzy, oczy matczyne zalewa i resztę twarzy też. A może ja tę pianę z pyska toczę, zamiast z szamponu? Aktualnie się nie dowiem, bo oczy zaciśnięte. Uszy natomiast dostrojone do znanych częstotliwości wychwytują jęki i stęki towarzyszące mojemu Synowi przy wdrapywaniu się na stopień i wyżej, na deskę klozetową, a po chwili szum spuszczanej wody. "Siusiu robimy do sedesu". Ha! Nauka nie poszła w las. Może co będzie z tego Oxfordu?

Tymczasem pierwszy, najważniejszy etap prac remontowych za mną. Włosy umyte. Spłukuję szampon, odgarniam pukle z twarzy i słyszę "A kuku!". Ziapka moja wygląda zza wanny, uradowana, że matkę znowu widać w całości. Z tej radości i miłości w małym ziabkowym serduszku skrywanej Niunia chce dać buziaka. Wystawiam więc twarz w stronę małego pyszczka i czekam na tego obślinionego całusa. I dostaję cmoka... z bonusem w postaci gila wyglądającego jak zielona gąsienica wyczołgująca się z nosa... Zaraz, zaraz. To zielone, to nie z nosa. To z sedesu. To mój WC glut przyklejany do muszli i ową muszlę odświeżający, aktualnie odświeżający oddech mojej Córki... a teraz także i mój. 

Oxford się oddala wielkimi krokami...

Wykorzystując swój wysoce rozwinięty kunszt cyrkowy balansuję na krawędzi mokrej wanny z gracją nosorożca i naprawdę tylko cudem wyciągam chusteczki higieniczne, żeby wytrzeć ogluconego buziaka Izy. 

Natenczas wpada Syn Mój z ciężarówką, której urwały się koła (podejrzewam, że nie bez pomocy, ale rozpacz jest taka, jakby wymontowały je jednak czyjeś inne małe rączki) i zawodzi:

- Mamaaa, zjepeeejuj!!!

Mama jepejuje. Mama musi umieć zjepejować siśko!

Próbuje więc matka na powrót zająć się sobą i zjepejować szkody wyrządzone przez brak systematyczności w nakładaniu intensywnie regenerującej maski do włosów słabych i zniszczonych, aż tu nagle, jak Babcię kocham – domofon dzwoni!

Oczywiście. Już nawet się nie dziwię, że ten ktoś wybrał sobie taki właśnie moment. Jedną ręką sięgam po prysznic, żeby jednak spłukać cudowną odżywkę (trudno, moje włosy nadal będą wyglądać, jak miotła, ale przynajmniej czysta), drugą zaś narzucam na siebie szlafrok. Woda skapuje mi z mokrej głowy na owo kąpielowe odzienie, ale bynajmniej nie wyglądam w nim, jak jeden z aniołków Victoria Secret; z kurtyną mokrych włosów na twarzy zdecydowanie bliżej mi do Samary z Ringu z dolną połową hobbita. Ten, kto za chwilę pojawi się po drugiej stronie drzwi, już zawsze będzie się bał widoku kobiety zza nich się wyłaniającej. Pojawia się kurier. Człowiek serca czystego i wielkiej odwagi – nawet mrugnięciem oka nie daje po sobie poznać, że mój zalany wodą tułów wywiera na nim jakiekolwiek wrażenie (nogi z wiadomych względów staram się trzymać za winklem). Odbieram przesyłkę. Dla Męża. Zamykam drzwi. I w myślach sobie zadaję pytanie: "Chce mi się tam włazić z powrotem? Wszak cel osiągnięty – wiecheć na głowie ogarnięta. Daleko jej do doskonałości, ale czysta jest. Chromolę – nie wracam."

Z rozmyślań wyrywa mnie mój Adaś jak zwykle niezawodny:

- Juś? Czysta pupa?

 I po Oxfordzie...

... ale może chociaż jakaś inspekcja sanitarna?

Cała moja relaksacyjna przygoda trwa może z 15 minut, a kończąc owe poranne ablucje czuję się, jakbym osiągnęła efekt odwrotny do zamierzonego i zamiast młodnieć, postarzała się o 10 lat. Przez chwilę mam nawet ochotę poszukać siwych włosów pod turbanem misternie ułożonym z ręcznika, choć to w zasadzie durny pomysł, bo – jak mówi bibilijne porzekadło – Szukajcie, a znajdziecie! I ja kiedyś szukałam. I znalazłam! Więcej nie potrzebuję. Ani siwych włosów, ani samej świadomości, że gdzieś tam są.

A wieczorem przychodzi Sąsiad z niezwykle ważną sprawą do Męża mojego i od progu z sympatią oraz, mam nadzieję, nieudawanym zachwytem wita mnie następującymi słowami:

- O, jakaś zmiana fryzury! Coś robiłaś z włosami?

Tak. Umyłam. Tylko. 

Tylko :)

Nikt jeszcze nie rozpoczął dyskusji w tym wątku. Dodaj komantarz jako pierwsza!

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały