ScrollToTop
magazyn mamy

Mucha

Data: 22 styczeń 2017 Autor Mama Anna Wachnicka

Jestem klasycznym beztalenciem plastycznym. I nie mówię tego tylko po to, aby za chwilę wszyscy nauczeni kultury i podstaw dobrego wychowania zaczęli zaprzeczać. Nie, nie. Stwierdzam fakt, z którym pogodziłam się już dawno, jakoś w czasach szkoły podstawowej. Od zawsze łatwiej przychodziło mi śpiewanie i tańcowanie, w sztuce oratorskiej wzbijam się na najwyższe, ukryte w chmurach szczyty, a po studiach to nawet maila potrafię bez większej ilości błędów napisać. I czytam dość szybko. W zasadzie tyle umiem… po tych studiach… 5-letnich…

Natomiast pędzla się autentycznie boję. Szczerzy toto te zęby swe włochate, każdy skierowany w innym kierunku i farbę poza zaplanowaną linię rozciapuje. Kredki jeszcze jakoś zdzierżę, ale rysująca nimi ręka trzęsie się, jak narkoman na głodzie. W sumie nic dziwnego, że w takim stanie nie jestem zdolna wykrzesać z siebie nawet symetrycznego serduszka. I niby nic takiego. Na świecie nie jest tak, że wszyscy poza mną potrafią rysować. Da się bez tej umiejętności żyć. No, przecież się da. Da się? Da się!

I tak właśnie myślałam. Do wczoraj.

Przychodzi bowiem do mnie dziecię moje starsze, już prawie 3-letnie, płci jak wiadomo męskiej i prosi: -

Mamuusiu, narysuj ogórka!

Oho! Zaczyna się. Plastyczny maraton botaniczny inspirowany przebojem Fasolek.

Wzniosłam oczy ku niebu (z marnym efektem, bo mnie sufit ogranicza), czekając na olśnienie, wybawienie, natchnienie, lepsze oświetlenie, powały na łeb zawalenie, a tu nic. Cisza, jak makiem zasiał (też dziwne, bo z reguły o tej porze dnia to sąsiad wiertarą naparza).

Znikąd pomocy. I do tego te oczy ufne niebieskie, wpatrzone we mnie, jak w tęczę; troszkę już zniecierpliwione. Zdjęta grozą, z westchnieniem głębszym niż Rów Mariański, biorę nasz zestaw kredek, wyciągam odpowiednią i smaruję zieleniną po kartce. "Uff. Udało się!" - myślę i wydaje mi się, że mam spokój na resztę wieczoru... ale nie.

Z ust terrorysty padają coraz to bardziej absurdalne żądania:

- Marfefkę eście! I dynię, ak sońce!

Malec zaczyna się rozkręcać, płynnie przechodząc od piosenkowej botaniki do zupełnie niezwiązanego z nią świata fauny i, gdy już już zaczynają zbierać mi się krople potu na czole (a powszechnie wiadomo, że o pot w zimie niełatwo), słyszę dźwięk domofonu!

Jeeeeeeeeee! Uratowana! Mąż z pracy wraca! Taki Mąż, co wraca, to skarb! (Wszak mógłby jeszcze nie wracać, zważywszy na to, co go czeka w domu). W dodatku to taki Mąż, który umie narysować wszystko! Dzieci biegną do drzwi, a ja do kuchni, coby Lubemu ciepły obiad zaserwować. Wchodzi, zdejmuje buty, odzienie wierzchnie, wita się ze wszystkimi. I idzie do pokoju, w którym na stoliku leży opisywane arcydzieło plastyczne - owoc mych zmagań z demonami przeszłości. Ogląda to Mąż mój w milczeniu.

Wchodzi do kuchni i, nauczony chyba doświadczeniem, że miłe słowo nawet beztalenciu się należy (a już zwłaszcza wtedy, kiedy beztalencie się stara), z uśmiechem i miłością wypisaną na steranej korporacyjnym reżimem twarzy wypowiada te słowa:

- Ale motylki to Ci nawet ładnie wyszły!

- To jest MUCHA...

Nikt jeszcze nie rozpoczął dyskusji w tym wątku. Dodaj komantarz jako pierwsza!

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały