ScrollToTop
magazyn mamy

Nie zatracić siebie

Data: 01 grudzień 2016 Autor Mama Agnieszka Karwat-Kedzierska

Nie zatracić siebie

Pamiętam, że będąc w ciąży zewsząd słyszałam mądrości typu: „zobaczysz jak po porodzie twoje życie się zmieni”, „korzystaj póki możesz bo potem już nic nie zrobisz dla siebie”, „nie będziesz miała na nic czasu”, „siedząc w domu będziesz gadać sama z sobą”, „twoim jedynym tematem do rozmów będą kupki i zupki” i wiele innych podobnych. Nie powiem bałam się, że wszystko to się ziści i moja rzeczywistość będzie bardzo uwsteczniająca. Kiedy okazało się, że nie mogę dalej pracować i muszę iść na zwolnienie lekarskie, byłam w szoku. Przeraziła mnie wizja bezczynności. Jak to na zwolnienie? Ja? Przecież zawsze byłam aktywna, lubiłam działać i teraz mam po prostu siedzieć w domu? Inaczej sobie to zaplanowałam, miałam pracować prawie do końca, ale życie zweryfikowało moje zamiary. Na szczęście zwolnienie nie było równoznaczne z nakazem leżenia. Od razu zabrałam się za wyszukiwanie sobie jakiegoś zajęcia, żeby nie dostać przysłowiowego „fisia”. Obawiałam się, że wgapianie się w telewizor i wyczekiwanie porodu może odbić się na mojej psychice. Jak tylko udało mi się zapełnić kalendarz odetchnęłam z ulgą – wiedziałam, że nie skisnę z nudy w domu, że będę miała co robić. Na pierwszy ogień poszła szkoła rodzenia. Co prawda wiedza tam nabyta, jak się potem okazało, nie była zbyt przydatna, ale wtedy jeszcze nie mogłam tego wiedzieć. Cieszyłam się, że mam zajęcie. Uczęszczałam na gimnastykę dla ciężarnych. Znalazłam też warsztaty dla przyszłych mam, dzięki którym oswoiłam się porodem, poznałam inne „ciężarówki”, mogłam porozmawiać z mamami, który poród miały już za sobą. Żeby nie było, że żyłam samym porodem to zapisałam się również na warsztaty z szydełkowania – zawsze chciałam się tego nauczyć, ale nigdy nie było czasu. Byłam też na lekcjach szycia – a co, jak szaleć to szaleć J Byłam zadowolona, że mam tyle zajęć. Czasami nawet czekałam na luźniejszy dzień, żeby pobyczyć się w domu.

W końcu przyszedł poród i oto miał nastać ten straszy czas, kiedy to miałam zamknąć się w domu z dzieckiem, uwstecznić i ogólnie zdziczeć – jak to zapowiadali życzliwi. A tu zonk. Ku zdziwieniu mądrych głów, mam się całkiem nieźle. Nie powiem początki były trudne. Ograniczało mnie zmęczenie i osłabienie po porodzie. Nie mogłam dźwigać, więc wychodziłam z domu, wtedy gdy mąż zniósł mi syna z trzeciego piętra. Mocno to przeżywałam – mój brak sił ograniczał mnie. Ale gdy tylko dostałam zielone światło wiedziałam, że nie dam się odizolować od ludzi i nie zamknę się w czterech ścianach. Zaczęłam chodzić na zajęcia buggy gym. Super – ćwiczenia na świeżym powietrzu dla mam z dziećmi w wózkach. Same korzyści – ruch, gimnastyka, dotlenienie organizmu dla mnie i syna. Przy okazji poznałam kilka mam i ich maluchów – było z kim pogadać, wymienić doświadczenia. Zaczęłam chodzić z synkiem na zajęcia rozwojowe, zależało mi, żeby moje dziecko miało kontakt z innymi dziećmi. I to był strzał w dziesiątkę. Z perspektywy kilku miesięcy widzę jak moje dziecko lgnie do dzieci, jak sobie radzić w kontaktach z innymi maluchami. A ja znów poszerzyłam krąg moich znajomych. Droga pantoflową dowiedziałam się o klubie rodziców w okolicy. Uczęszczamy tam na zajęcia „zabawowe” dla dzieci, ale i na warsztaty dla mam. Dla każdego coś miłego.  Chodzę z synem do kina. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak na bieżąco ze światową kinematografią jak teraz J  W najbliższym czasie mam wpisane w kalendarz, poza naszymi stałymi aktywnościami, warsztaty z robienia na drutach – moje niespełnione od kilku lat marzenie.

A ponieważ lubię występować w roli organizatorki to w międzyczasie zorganizowałam ślub i wesele moich przyjaciół, plener i wystawę malarską i kilka imprez dla działkowców bo jestem w zarządzie ogrodu. W moim przypadku aktywne przeżycie okresu ciąży i urlopu macierzyńskiego było moim wyborem. Cieszę się, że udało mi się nie zatracić siebie, pomimo ogromnej zmiany, która zaszła w moim życiu. Dzięki temu, że jestem aktywna nie czuję, że coś mi umyka, że coś mnie omija. Nie jestem na marginesie, życie nie toczy się obok mnie. Cały czas „jestem na fali”. Teraz tylko mam inne kryteria wyboru tego, co mi jest potrzebne i czego oczekuję.

Ostatnio mąż opowiadał mi o koleżance z pracy, mamie dwójki dzieci, która wciąż powtarza, że cieszy się, że wróciła do pracy, bo będąc w domu z dzieckiem strasznie się nudziła i – jak to stwierdziła – cofnęła się w rozwoju. Owa koleżanka pytała z troską, czy ja – delikatnie mówiąc – nie dostaję już kota od siedzenia w domu z dzieckiem. Otóż nie. Jak pisałam wcześniej – mam się całkiem nieźle. Kilka miesięcy temu, na początku mojej macierzyńskiej drogi obiecałam sobie, że postaram się, żeby jak najlepiej przeżyć ten wspólny czas, który mamy tylko dla siebie. I nie oznacza to poświęcenia i rezygnacji z siebie.

Nikt jeszcze nie rozpoczął dyskusji w tym wątku. Dodaj komantarz jako pierwsza!

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały