ScrollToTop
magazyn mamy

Początki zwykle nie są łatwe ...

Data: 08 wrzesień 2016 Autor Mama Joanna Stachelek

Początki zwykle nie są łatwe – pierwsza szkoła, pierwsze egzaminy, pierwsza praca, pierwsza randka. Żadna dziedzina życia raczej nie proponuje łatwego początku. Ów początek i trudności z nim związane są co prawda mierzone skalą obiektywną dla każdego z nas, ale z definicji uchodzą za niezbyt przyjemne. Warto jednak pamiętać, że wszystko zależy od naszego nastawienia i to ono odgrywa zasadniczą rolę. Macierzyństwo także ma swój początek, którego trudy mogą być ponad nasze siły, ale mogą być też, i tu uwaga, wartościowym czasem, scalającym najbliższe sobie osoby.

Ja jestem właśnie na starcie swojego macierzyństwa. Muszę przyznać –  rozpoczęło się pięknie! Dzięki Bogu i dzięki mojemu Mężowi poród miałam iście cudowny. Moja córeczka urodziła się w przeciągu trzech godzin, sprawnie, bez komplikacji – położne ze szpitala, w którym rodziłam, to cudowne kobiety! Ogólnie atmosfera była sprzyjająca – dostałam nawet kisiel na wzmocnienie sił w trakcie skurczów. Sądzę, że próba nazwania swoich emocji pojawiających się bezpośrednio po narodzinach Maleństwa nigdy nie będzie udana. Tyle kobiet już próbowało, ale właściwie chyba brakuje tego odpowiedniego wyrazu w słowniku, rzeczywiście oddającego to, co dzieje się w głowie świeżo upieczonej mamy. Trzeba to przeżyć – wtedy wszystko stanie się jasne.

Wspomniałam wcześniej o udziale mojego Męża przy porodzie – historie o mdlejących ojcach albo późniejszym kryzysie w małżeństwie  - nie znalazły odzwierciedlenia  w naszej, trzyosobowej już, rodzince. To, że nie byłam sama w trakcie porodu, ale mogłam wesprzeć się na ramieniu Męża oraz fakt, że chwilę po narodzinach On sam mógł wziąć naszą córeczkę na ręce, zbudowało nasz związek od nowa i zawiązało, mam nadzieję jak najsilniejszą, więź między nami, a córeczką. Oczywiście to, że niestrudzenie – między moim jednym krzykiem a drugim, Mąż podawał mi dzielnie kisiel nie jest bez znaczenia i doceniam to szczególnie mocno:).

Kryzysy i trudności jednak były. Pierwszym z nich – dość długi pobyt w szpitalu z uwagi na żółtaczkę fizjologiczną u Maleństwa. Wieść niesie, że żółtaczka jest bardzo powszechnym zjawiskiem i właściwie nie powinna martwić, bo mija i już. Ja niestety przez trzy dni żyłam w dość dużej niepewności i sporym stresie – lekarz neonatolog zaleciła szereg badań wykluczających patologiczne zmiany w organizmie. Patologiczne zmiany! Dla mamy bez doświadczenia, oswajającej się z bobasem i z całą zaistniałą sytuacją takie prewencyjne badania są niezwykle stresujące! Badania moczu, nerek, usg główki, brzuszka. Teraz cieszę się z wyników badań, ale wtedy perspektywa konieczności ich wykonania brzmiała, hm.., co najmniej nieprzyjemnie.  Nie pozostawało jednak nic innego, jak zaufać – tym, którzy wiedzą, co robią i swojemu instynktowi, podpowiadającemu, że po prostu nie ma wyjścia – każde badanie musi mieć pozytywny wynik. To właściwie moja pierwsza tak poważna próba radzenia sobie ze stresem, własnymi emocjami. Sądzę, że udana.

Kolejny kryzys wiązał się z powrotem do domu. Osobiście nie mogę narzekać – nie musiałam rozdzierać swojego czasu między nowo narodzone a starsze dziecko, mogłam skupić się tylko na Nowym Małym Człowieku w stu procentach. Coś jednak mi w tym przeszkadzało, mianowicie – tabun gości. I niestety moja ogromna potrzeba spokoju i wyciszenia przepadła z kretesem gdzieś w otchłani niekończących się wizyt i życzeń.

Jejku! To wszystko jest miłe, te dobre słowa, rady, wzruszenia. I prezenty też. Ale chyba trochę później, po złapaniu oddechu przez mamę i dziecko. Byłam zła na siebie – doskonale znam słownikową definicję asertywności, ale egzaminu praktycznego nie zdałam. Wtedy, bo teraz jest trochę lepiej. Teraz absolutnie nie tłumaczę kolejny raz dlaczego nie dopajam córki wodą, dlaczego nie nakładam oliwki na jej twarz i dlaczego staram się jeść wszystko, o zgrozo,  mimo że karmię piersią. Ciągle słyszę, że kiedyś pielęgnacja niemowlęcia wyglądała inaczej i właściwie po co te zmiany, skoro wszyscy żyją i mają się zdrowo. No tak, a co jeśli dziś te same czynności można wykonać inaczej, często lepiej? Taki argument zwykle zamyka dyskusję i zaspokaja głód asertywności.

Te moje małe kryzysy (dziękuję Bogu, że tak małe!) uświadomiły mi, jak wiele zależy od nas samych. Oczywiście – czas połogu nie jest najłatwiejszy, to nie ulega wątpliwości. Trzeba sobie jednak życie ułatwiać, nie utrudniać! Bądźmy mamami-hedonistkami i w miarę możliwości umilajmy sobie początki macierzyństwa! Nie martwmy się na zapas, nie zaprzątajmy sobie głowy bzdurami i dajmy sobie prawo do odpoczynku. Także od gości, życzliwych przecież wobec nas, to prawda, jednocześnie jednak często zbyt entuzjastycznie witających zmęczoną mamę i  Maleństwo.

Każdy początek i każdy trud z nim związany jest do pokonania. Trzeba znaleźć w sobie siłę i na niej budować każdy kolejny dzień. Tego życzę sobie i każdej mamie! Wszak macierzyństwo oferuje całą masę zupełnie nowych „początków”. Każdego dnia:)

Karolina
2016-09-08 10:38:39

Ja niestety średnio wspominam początki mojego macierzyństwa - źle znosiłam połóg, bolące piersi, ciągłe niewyspanie. Teraz jestem w ciązy z drugi Maleństwem i mam nadzieję, że teraz początki będą lepsze. P.S. Asia fajnie piszesz :)

Agnieszka
2016-09-11 18:02:06

Poród wspominam słabo :) do przyjemnych rzeczy nie należy, ale dałam radę dzięki mężowi, również przez cały poród był ze mną - z czego się bardzo cieszę. Nic nie zmieniło to między nami, a jego słowa o tym wydarzeniu i duma jaka Go rozpiera jest dla mnie również powodem do dumy :) Natomiast ja chciałam by znajomi do nas przychodzili, odwiedzali nas i małego, potrzebowałam kontaktu z ludźmi i to bardzo. Ale ja spędziłam 3 doby w szpitalu i nie byłam zmęczona, aczkolwiek pierwsze dni po powrocie do domu pragnęłam spędzić sam na sam - czyli nasz trójka. Pozdrawiam

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały