ScrollToTop
magazyn mamy

Rytuały – dlaczego bez nich nie da rady?

Data: 01 grudzień 2016 Autor Mama Joanna Mikołajczak

Rytuały – dlaczego bez nich nie da rady?

 

      Rytuały – tak wiem, są, istnieją na pewno i są ważne. Każdy o tym słyszał, zwłaszcza rodzic, który usiłował zrobić wszystko, by swojej dziecinie choć na chwilę zmniejszyć krzyczący otwór gębowy. I co tu dużo mówić, jak są rytuały, jest dobrze i często udaje się uniknąć niepotrzebnego wycia (mojego czy dziecięcia). Do tego dziecko czuje się bezpiecznie i w ogóle jest super.

      A jak to wszystko wygląda u nas? A i owszem wygląda. Chociażby zwykła wieczorna kąpiel i usypianie. Codziennie musi być tak samo i nie może być żadnych odstępstw od rytuału. Najpierw szykuję wszystkie rzeczy potrzebne do kąpieli. W tym czasie córka szuka w szafie piżamy dla mamy i ubranka dla siebie. Następnie mi o tym komunikuje: 

- Mama, pimamka, ubjaniu…

Co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że piżamka i ubranko są znalezione.

Później myjemy zęby. Tzn. ja gonię córkę po mieszkaniu w celu umycia jej zębów. Ona ucieka na schodki przy balkonie i siada. Ja ją wołam, ona wiadomo, nie przyjdzie. Czeka aż po nią pójdę. Wtedy, nie wiedzieć czemu od razu wyciąga rączki, żeby ją podnieść. Hm … . Więc podnoszę, w końcu trzeba wykorzystać sytuację. Idziemy do łazienki i najpierw ona myje sobie ząbki, potem ona nie chce mi oddać szczoteczki, potem jak już zdobędę szczoteczkę ja myję jej, a ona mi (moją, żeby nie było). Jest fajnie i wesoło. Czasem zapominam, że po umyciu zębów od razu muszę umyć córci buzię. Jeśli zapomnę i w swojej nierozwadze postawię ją na podłodze, to już pozamiatane. Ucieka. Zawsze ucieka na nasze łóżko. Skacze, wygłupia się i znów skacze. Choć ostatnio odkryła, że turlanie też jest fajne. Mąż krzyczy z salonu:

- A co tata mówił o skakaniu?

Chyba trochę działa, bo klęka na kolanka i się giba na boki. Ja klękam naprzeciwko niej (tak musi być, bo to przecież rytuał, inaczej jest wycie) i gibając się razem na boki śpiewamy moją autorską piosenkę: „Mama mama mama mama mama … itd.”. A piosenka ta jest o tyle sprytna, że na końcu drugiej linijki jest „haps” i w tym momencie łapię córę na ręce celem zaniesienia jej do łazienki. Uff…. Myjemy twarz. Cóż mamy dalej. Ja szykuję wannę. Córcia siusia (i tu celem wyjaśnienia: najpierw ściąga spodenki itd., skarpety, zakłada moje buty na obcasie (czemu? Nie wiem), bierze miotłę (tak tą dużą) i zasiada na nocniku. Ja w tym czasie mam już napuszczoną wodę do wanny. Potem jest ogólna radość z nocnika i co????? No a jakże, ucieczka. I znów zgarniam ją z naszego łóżka podstępną piosenką. Dalej, alleluja, kąpiemy się. Tzn. ona się bawi, a ja w w międzyczasie usiłuję ją umyć tu i ówdzie. Mycie głowy wychodzi nam od niedawna, bo wcześniej była histeria. A skończyła się dopiero jak powiedziałam córce, że umyjemy głowę i pokażemy jutro babci, że włoski będą takie śliczne i umyte i babci będą się bardzo podobać. I babcia powie „łał”. I tak teraz przy każdym myciu włosów ma miejsce opowieść o włosach i babci co powie „łał”. Ważne, że działa. Cała reszta mycia jest ok, aż do momentu wyjścia z wanny. Bo po co wychodzić skoro tam tak fajnie. Bywało, że córka leżała na brzuchu w wannie zapierając się i krzycząc, że nie wyjdzie. Bywało, że dolewała wody do wanny, żeby woda za szybko nie spłynęła, bywało, oj bywało. A wyjąć ją na siłę to nie lada wyzwanie. Żeby więc uniknąć bolących nadgarstków, wymyśliłam coś takiego. Rzecz jasna rytuał: otóż mówię:

- A teraz będziemy kończyć kąpanie, wybierz sobie kubek i mama cię wyjmie.

Noż gdybym wcześniej wiedziała o sile tego zdania, dużo wcześniej bym to wymyśliła. I to ciągle działa. Niesamowite. Tak więc wyciągam, wycieram, córcia krzyczy:

- Tataaaaaa nianiuf !!! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy tataaaaa noga).

A chodzi w tym wszystkim o to, że jak ja ją wycieram ona rzuca ów kubek za siebie na podłogę, przychodzi mąż i podaje jej ten kubek nogą (czyli „nianiufem”, hi hi, rozkłada mnie ta nazwa). Córcia się cieszy i daje kubek mi. Kubek oczywiście musi być oddany mamie, żeby go odłożyła na wannę. Tacie nie, bo jeszcze drugi raz poda kubek nogą, a to niedopuszczalne przecież. W rytuale jest jeden raz podawania kubka nogą i koniec. No tak jest, przecież nie będę się kłócić. Zresztą każdy rodzic wie o co kaman. A potem znów mamy ucieczkę. Kiedyś ucieczka była do szafy, ale jakoś przeszło. Teraz ucieka do naszego łóżka. Tam któreś z nas ją zgarnia i mamy ubieranie. Tu już jestem zmęczona, ale co robić, trzeba trwać dalej na posterunku. Zakładam pieluchę, ona odpina, ja zapinam, ona odpina, ja zapinam …. I długo by tak opowiadać, w każdym razie gdy już założona, smarujemy balsamem całą dziewczynkę. To akurat lubi. Przy smarowaniu pleców się przytula … . Uwielbiam! Ubieranie, czyszczenie noska, grzebień, bo i uczesać się trzeba, żeby ładnie dla pluszaków w łóżeczku wyglądać i wkładamy się do łóżeczka. Obowiązkowo buziak w czółko. Na początku było tylko w czółko, teraz jest w czółko i w „nianiuf”. Więc dwa „nianiufy” czyli nogi dostają też po buziaku. I jest prawie koniec. A mówię, że koniec, bo jeszcze córcia z łóżeczka pyta czy piżamkę sobie wzięłam, więc potwierdzam, że tak, bo nawet sama mi zaniosła do łazienki. Pa pa i na posterunku zostaje tata.

      I tu się zaczyna usypianie. Tata się kładzie, czyta, a córcia demoluje łóżeczko. Tu też jest ciekawie, normalnie muszę sobie to kiedyś nagrać. Nie wiem po co zakładam poszewkę na poduszkę, skoro i tak ją ściąga codziennie wieczorem. Więc ściąga tą poszewkę, układa piramidę z poduszki, jaśka i kołderki i się na tym kładzie. Tu bardziej siedzi niż leży. Stwierdza, że chyba tak jest niewygodnie. Wraca do stanu początkowego. Następnie wykłada kołdrę na boczną ścianę łóżeczka. Kładzie się. I … nie nie, wcale nie śpi, no bo jak bez kołdry. Wstaje i mówi: „ko” (czyli koniec). O nie nie nie. Żaden koniec. Tata poprawia kołdrę i każe jednak spać. Czasem działa czasem nie. Ale tak to jest. Przywykłam. Ja przychodzę w awaryjnych sytuacjach. Dalej córcia mówi, że: „Mama mi”, czyli, że mama się myje, i pokazuje, które to części ciała po kolei myje mama. Taaa, tak wygląda usypianie. Ciekawie jest. Ale w końcu nadchodzi ta chwila, ten momencik i śpi. I wygląda wtedy tak słodko. Oczywiście odkryta, bo kołdra jest fajna tylko w początkowej fazie zasypiania. A ja sobie patrzę i myślę: Fajnie jest. Taka ona śliczna. I codziennie jest tak samo. Powiem więcej, codziennie musi być tak samo, bo to przecież rytuał. Tak jest bezpiecznie, tak wiadomo czego się spodziewać. Tak więc mamy zaprogramowany każdy wieczór i co, i fajnie jest.

Nikt jeszcze nie rozpoczął dyskusji w tym wątku. Dodaj komantarz jako pierwsza!

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały