ScrollToTop
magazyn mamy

Szpitalna rzeczywistość widziana oczami matki karimatki

Data: 01 grudzień 2016 Autor Mama Malwina Słowik

Od dziecka unikałam szpitali jak ognia. Perspektywa pobytu na szpitalnym oddziale wydawała mi się przerażająca. Jak zapamiętałam swój pierwszy w życiu pobyt na oddziale pediatrycznym? Miałam wtedy naście lat i w oczach dziecka była to  jedna wielka trauma.  Obcy ludzie w białych kitlach z uśmiechem przyklejonym do twarzy i ja z moimi dziecięcymi obawami. Odliczałam nanosekundy do końca pobytu. Z racji tego, że rodzice nie mogli być wtedy ze mną  byłam „skazana” na obecność personelu medycznego. Zero empatii. Jedynie sztywne procedury, które nijak miały się do odbudowania zachwianego poczucia bezpieczeństwa. 


Po wielu latach znowu wróciłam w to miejsce. Jednak już nie jako pacjent, a mama małego pacjenta. Mamy za sobą prawie cztery pobyty w szpitalu, w tym dwa spędzone w szpitalu w mojej rodzinnej miejscowości.. Nie wyobrażam sobie sytuacji w której nie mogłabym być przy moim dziecku 24h na dobę. Maluch miał kilka tygodni jak trafiliśmy pierwszy raz na oddział pediatryczny. Jako matka karmiąca w gratisie otrzymałam łóżko, oczywiście wyżywienie pozostawało we własnym zakresie. Na szczęście mogłam liczyć na najbliższych i ich domowy catering. Dziwne zasady panowały na tym oddziale, dość restrykcyjne godziny odwiedzin. Oprócz rodziców dziecka nikt więcej nie mógł przebywać razem z małym pacjentem. Oczywiście w tym miejscu warto dodać, że Maluch nie leżał w izolatce, ani też nie miał żadnej infekcji, zakażenia tudzież czegokolwiek wirusowego. Zwykła fototerapia przy przedłużającej się żółtaczce. Każda dusza, która tylko przekraczała próg oddziału była dokładnie legitymowana. Parę razy zdarzyła się sytuacja w której mój „domowy catering” prawie nie został wpuszczony na salę przez pielęgniarkę inwigilatorkę, która gdyby tylko mogła kazałaby mi się żywić energią słoneczną i powietrzem. W czterech ścianach spędziliśmy prawie 3 długie tygodnie. Łazienka z prysznicem znajdowała się na korytarzu. Papier toaletowy, jakościowo na pewno dorównywał papierowi ściernemu, mydło stanowiło dobro deficytowe. Niewątpliwym plusem była ogromna dbałość o czystość. Panie sprzątające pojawiały się codziennie, dokładnie ogarniając fizycznie całą moją przestrzeń. Obchód odbywał się w miarę regularnie a jego jakość oczywiście zależała od lekarza, który Nas odwiedzał. Zdarzały się takie „przypadki”, które badały Nas wzrokiem na odległość. Cóż za wspaniałe umiejętności posiadała ta znakomita osobistość. Szkoda, że ja takiego rentgena w oczach nie posiadam. Prawo do informacji o stanie zdrowia pacjenta? Podobnie jak obchód realizowane było na różnym poziomie zaawansowania. Niektóre odwiedzające Nas jednostki z całą pewnością uczęszczały na zajęcia z „muzykologii” tudzież sztuki wyszukiwania niewybrednych wymówek aniżeli rzetelnie przestudiowały Naszą historię choroby. Nigdzie nie mogłam również uzyskać jasnej odpowiedzi kiedy będziemy mniej więcej spodziewali się  wypisu, jak to czasowo będzie się kształtowało. Nie pozostało Nam nic więcej jak tylko koczować i odliczać czas do teoretycznej godziny wyjścia. Drugi pobyt był najbardziej dramatyczny ze wszystkich Naszych wizyt. Trafiliśmy na pediatrię z SOR’u. Nie muszę chyba tłumaczyć jak bardzo traumatyczne przeżycie stanowi dla młodej matki takowa sytuacja. Na wejściu zostaje „zbita z tropu” pytaniem czy chcę być przy swoim dziecku i że to kosztuje nawet 20 złotych za dobę. Dwadzieścia złociszy za łóżko, które na oddziale stanowi dobro deficytowe. Cieszę się jak szalona, ponieważ mogłam dostać jedynie kawałek podłogi w pakiecie a tymczasem zostałam obdarowana własnym łóżkiem. Cóż za luksus w tych czasach. Leczenie przebiega sprawnie. Catering mam także „domowy”, ponieważ ten szpitalny a raczej „ przyszpitalny” jest całkowicie nie do spożycia. Zapomniałam dodać, że ja i mój dwumiesięczny Maluch mamy olbrzymie szczęście – trafiliśmy na salę jednoosobową. Łazienka i prysznic standardowo na zewnątrz. Prawo wglądu do dokumentacji medycznej małego pacjenta? Oczywiście zostało zrealizowane po tym jak lekarz o mało nie zabił mnie wzrokiem za to pytanie. Zapanowała niewymowna cisza. Konsternacja. „ Jak najbardziej jeżeli będzie Pani chciała zapoznać się z wynikami badań dziecka to przygotuję całość do wglądu.”. Nie żebym nie ufała czy miała jakieś zastrzeżenia, ale jednak to moje prawo. W tym momencie poczułam się jakbym poprosiła o coś zakazanego i niedostępnego dla przeciętnego człowieka. 


Szpitalna rzeczywistość nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety nie każdy Rodzic wie jakie ma prawa i w jaki sposób może je egzekwować. Gorąco polecam zajrzeć do ustawy o prawach pacjenta oraz do europejskiej Karty praw pacjenta. Mały człowiek to wyjątkowy pacjent do którego personel medyczny powinien odnosić się z szacunkiem i troską tak aby zminimalizować traumę związaną z pobytem na szpitalnym oddziale. Szkoda tylko, że często to właśnie rodzic musi walczyć o kawałek podłogi, o łóżko, krzesło, jakąkolwiek informacje dotyczącą stanu zdrowia jego dziecka. Wystarczy dostrzec człowieka a nie sztywny zbiór zasad i rozbudowany regulamin. Więcej empatii, więcej serca. Tego życzę Nam wszystkim.

Nikt jeszcze nie rozpoczął dyskusji w tym wątku. Dodaj komantarz jako pierwsza!

logo

Portal MyMamy.pl pomaga poznać i skontaktować się z innymi rodzicami w okolicy oraz udostępniać im różne informacje i materiały